O nas

Cześć!

Jestem Gary

Od lat uciekam w sporty, w których można poczuć wolność — rowery, narty, adrenalina… ale dopiero wingfoil zrobił mi totalne „klik”. To połączenie latania, braku grawitacji i carvingowych skrętów, które dają taką frajdę, że człowiek odlicza dni do kolejnej sesji. U mnie wychodzi tego około 120 dni na wodzie rocznie — chyba wystarczająco, żeby mówić o uzależnieniu.

Moja przygoda zaczęła się dużo wcześniej. W czasach, kiedy w Polsce ciężko było kupić sprzęt windsurfingowy, w wieku 17 lat zrobiłem… własną deskę. Była tak ciężka, że nosiliśmy ją z bratem we dwóch, ale pływała! Windsurfing był wtedy wszystkim.

Potem przyszło życie, praca, coraz rzadsze prognozy, kombinowanie „kiedy powieje?” — aż pewnego dnia kolega pokazał mi winga. 

Potem pojechałem do Jastarni, prognoza siadła, więc z Moniką poszliśmy na demo. Miesiąc później miałem już swój sprzęt, a na windsurfing nie wsiadłem ani razu od tamtej chwil .

Po pandemii dotarło do mnie, że chcę odmiany. Po 30 latach pracy przed komputerem i deską kreślarską zapragnąłem czegoś, co będzie i pasją, i oddechem. Wingfoil był naturalnym wyborem. Szybko zrobiłem licencję instruktora PSWing (nr 42) — chciałem załapać się na sam początek tego sportu w Polsce. Ale przede wszystkim chciałem uczyć po swojemu.Jak?

Po pierwsze: uczę tak, żebyś rozumiał — daję „wędkę”, nie „rybę”.
Po drugie: bezpieczeństwo. Jeśli widzę, że warunki są zbyt trudne, to nie puszczę Cię na wodę, choćbyś bardzo chciał.
Po trzecie: zero masówki. Nie robię „taśmy”, nie uczę byle jak. Każdy kursant to osobna historia i osobny plan.

To chyba dzięki temu najczęściej słyszę, że dobrze tłumaczę technikę i potrafię wytłumaczyć jak to działa, a nie tylko co zrobić. Trochę pomaga mi w tym inżynierskie wykształcenie z Politechniki Wrocławskiej i lata majsterkowania — zawsze lubiłem rozbierać sprzęt, naprawiać, ulepszać. Dziś serwisuję znajomym deski, foile, a nawet zbudowałem kilka desek do pumpfoila.

Z tej zajawki na dłubanie narodziły się też moje akcesoria do winga — robione przez gościa, który naprawdę pływa, a nie przez korpo, które przerabia rozwiązania z kite’a czy WS . Wszystko testuję sam i robię tak, żeby ułatwiało życie na wodzie. W 2025 wjadą też zupełnie nowe produkty, których jeszcze nikt nie robi — zobaczysz sam.

 

Poza nauczaniem prowadzę wyjazdy wingowe — szkoleniowe i „safari” po spotach, które świetnie znam. Moje ulubione miejscówki? Fuerteventura (Mañanicho), Porto Lajas, Klitmøller i… nasze Świnoujście, bo czemu nie?

Współpracuję też z fajnymi ludźmi — Foilstory, Arek Szachniewicz, z Myszą  i jego ekipą z Mysza Surf . No i najważniejsza osoba – Monika bez jej wsparcia to wszystko by się nie udało ! 


Nie obiecuję cudów w jeden dzień. Ale mogę obiecać, że włożę w Twoje pływanie tyle serca, jakbyśmy pływali razem od lat — i że będzie z tego więcej dobrej zabawy, niż myślisz.

Do zobaczenia na wodzie!